..
AWF Elbrus Expedition 2012

 
2013-01-04
Odsłon: 737
 

Elbrus zdobyty!

 DZIEŃ 10

II ATAK SZCZYTOWY

 

Budzik dzwoni równo o północy. Budzimy się ze świadomością, że w Polsce jest dopiero 22 i wszyscy powoli będą kłaść się spać. A my? My musimy wyjść w środku nocy. Wojtek był bardzo podekscytowany. Zbudził mnie słowami:

- Paweł! Wstawaj ! wychodzimy! No dawaj, dawaj! Wstawaj!

Jego ekscytacja i entuzjazm udzieliły się także mnie. Mimo, że do wyjścia mieliśmy prawie godzinę czasu, Wojtek szybko się ubrał i wyszedł z namiotu. Poprosiłem, by ugotował wodę na herbatę. Sam zabrałem się za ubieranie. Nauczony po uprzednim ataku szczytowym, że rano ciuchy są bardzo zimne, wszystkie na noc wrzuciłem do swojego śpiwora. Dzięki temu były dość ciepłe. Ubrałem się i wyszedłem. Założyłem raki i czekałem na herbatę. Po jakimś czasie zauważyliśmy czołówkę od naszych polskich znajomych, która przesuwała się w naszym kierunku. To był Kuba. O godzinie 115 zaczęliśmy podchodzić. Do przodu wyrwał Wojtek i Grzegorz. Szli naprawdę szybko i po godzinie marszu byli daleko przede mną. Gdy doszedłem jednak do Skał Pastuchowa Wojtek i Grzegorz byli już wysoko, mniej więcej w miejscu, do którego doszliśmy poprzednim razem z Wojtkiem. Ja na chwile schowałem się za dużym kamieniem aby ochronić się od wiatru. Napiłem się herbaty i ruszyłem dalej. W miedzy czasie pod skały podjechał ratrak i wysadził grupę ludzi. Szli jakieś 20 metrów za mną. W ciągu drogi kilkukrotnie chciało mi się wymiotować, bo odbijał mi się wczorajszy liofilizat. Szedłem z tą grupą przez większość trawersu. Raz ja byłem z przodu, później oni mnie wyprzedzali i tak w kółko. Wyciągnąłem aparat. Z za chmur wyłonił się piękny widok. Gdy byłem niedaleko przełęczy zaczęło dość mocno wiać. Warunki pogodowe się pogorszyły. Trójka schodzących ratowników powiedziała do mnie, że na górze jest bardzo niebezpiecznie i żebym nie szedł dalej. Pomimo ostrzeżeń ruszyłem ku szczytowi. Szedłem bardzo powoli, co chwile zatrzymując się i łapiąc oddech. Zauważyłem Grzegorza który schodził, nawiązaliśmy krótką rozmowę. Powiedział, ze do szczytu mam jeszcze ok. 40 minut.  Po chwili doszedł do nas Wojtek. Był zdziwiony, że byłem sam. Powiedziałem chłopakom, że ide sam i prosiłem, żeby czekali na mnie na przełęczy. Rozdzieliliśmy się. Ja szedłem cały czas do przodu. Przede mną nie było nikogo. Widoczność była bardzo słaba więc szliśmy wzdłuż traserów. Wiatr tak mocno wiał, że parę razy dość mocno zwiewało mnie ze szlaku. Jakby tego było mało musiałem stać bokiem do kierunku wiatru, bo nie dało się oddychać. Po ok. 15 minutach zauważyłem górkę o wysokości 3 metrów. Wspiąłem się na czworaka bo na nogach nie dało się ustać. Gdy wyjrzałem na szczyt górki po raz kolejny moim oczom ukazał się charakterystyczny kamień ze szczytu. W mojej głowie była myśl: „Jest! Udało się. Teraz tylko kilka zdjęć żeby udokumentować i schodzę. Boże daj mi zejść!” Usiadłem. Ostrożnie wyciągnąłem aparat, żeby przypadkiem nie wypadł mi z reki i zrobiłem sobie zdjęcie. Jeszcze chwilę cieszyłem oko tym niezwykłym i powalającym widokiem i zacząłem schodzić. Znowu kierowałem się od tyczki do tyczki. Wiatr ciągle przybierał na sile. Pod koniec wywłaszczenia spotkałem kilku ludzi którzy, złożonymi rękami wyciągniętymi ku górze gratulowali mi wejścia. Postanowiłem założyć gogle. Miały żółte szybki więc nie było widać różnicy miedzy śniegiem a mgłą. Po prostu jedna wielka biel. Zrobiłem kilka kroków i spadam... czuję, że spadam! Po chwili jednak zatrzymuję się w śniegu. Spadłem jakieś 3 m. Znów schodzę, tym razem uważniej stawiając kroki. Kilkukrotnie się przewracam. Idę, ciągle idę. Od tyczki do tyczki. W pewnym momencie kończy się ślad. Nie widzę ani tyczki, ani śladów ścieżki. Zaczynam się bać.  „Żebym przypadkiem nie zgubił się na 140 km2 lodowca”- myślę. Schodzę dalej. Po chwili do mych uszu dobiega muzyka, która bardzo ładnie brzmiała. Pomyślałem, że być może to muzyka ze schronu, który miał się znajdować na przełęczy. Schodziłem i co jakiś czas gubiłem tyczki. Musiałem się zatrzymać. Byłem potwornie zmęczony i nie miałem siły iść dalej. Chciałem usiąść. Chciało mi się płakać, bo nie miałem już sił. Wyciągnąłem termos, żel energetyczny i po chwili mogłem iść dalej. Po kilkunastu minutach marszu wiatr słabnął , a z mgły wyłoniła się trasa. Nie byłem już sam. Szedł ze mną Wojtek. Cały czas powoli schodziliśmy. Poniżej Skał Pastuchowa pogoda była bardzo przyjemna. W promieniach słońca dotarliśmy do Grzegorza, Adama i Kuby. Pogratulowali nam wejścia. Po krótkiej relacji, zrobiliśmy pamiątkowe fotografie i poszliśmy się pakować. Po prawie 1,5 h pakowania, złożyliśmy namiot, zebraliśmy śmieci i ruszyliśmy w dół. Lodowiec był strasznie roztopiony i szliśmy praktycznie po kostki w wodzie. Musieliśmy jeszcze przetrawersować lodowiec, aby dojść do górnych beczek by wziąć śmieci z naszego poprzedniego obozu. Gdy doszliśmy do skał Wojtek poprowadził mnie „ścieżką”, której nie było. Szliśmy przez kamienie a ja przeklinałem, że wybrał tak drogę zamiast iść dalej lodowcem. Gdy doszliśmy na miejsce obozu II zabraliśmy śmieci i popędziliśmy do górnej stacji kolejki. Bez zatrzymywania wsiedliśmy na wątpliwej jakości kolejek. Krzesełka były pojedyncze a plecaki musieliśmy mieć założone na przód, przez co nie mogliśmy zapiąć zabezpieczenia przed wypadnięciem. . Dojechaliśmy do Stacji MIR. Dam przesiedliśmy do gondolek i szybko znaleźliśmy się w Azau. Oddaliśmy karty do kasy i poszliśmy poszukać czegoś do jedzenia. Każda z knajpek pozostawiała wiele do życzenia, ale po 6 dniach jedzenia rożnego rodzajów świństwa i tak było niezłe. Zamówiliśmy szaszłyki z kurczaka i baraniny. Nie były tanie ale warto było. Zeszliśmy do naszych namiotów i się pożegnaliśmy z chłopakami. Gdy doszliśmy do namiotów, zobaczyliśmy Damiana w dość dobrej kondycji. Mówił nam ze miał myśli, żeby podejść znowu na górę, jednak jak my zdobyliśmy szczyt dobrze by było jakbyśmy już dzisiaj złapali cos do Mineralnych Wód. Szybko więc się wykąpaliśmy, dopakowaliśmy rzeczy które zostawiliśmy i po 2 godzinach pożegnaliśmy się z Kajtkiem który miał bilety na jutrzejszy pociąg do Kijowa. Gdy szliśmy do Terskola chcieliśmy złapać Marszrute do Wód. Jednak nic nie jechało. W Terskolu natomiast spotkaliśmy jednego kierowcę , który jeździł taksówką właśnie do Wód. Niestety za przejazd chciał 2800 rubli. Po negocjacjach zszedł na 2500. Ale i ta cena nie była najlepsza. Myśleliśmy już, żeby rozbić się tam i poczekać do jutro, bo nie było pewności czy dostaniemy bilety na nocny pociąg do Rostova. Po chwili zastanowienia zgodziliśmy się jednak na kwotę 2400 rubli. Zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy stara Ładą w trasę licząca prawie 200 km. Łada nie najlepiej trzymała się drogi i na każdym zakręcie wypadała na przeciwległy pas ruchu. Auto było rozpędzone do 130 km/h. W środku czuć było gaz LPG. Gdy kierowca odpalał papierosa myśleliśmy ze auto po chwili wyleci w powietrze. Na jednym z zakrętów pędzące BMW ścięło zakręt i o mały włos nie zderzyło się z nami. Nie mielibyśmy żadnych szans w starej Ładzie. Przy każdym wjeździe do miejscowości stały patrole policyjne i wojska. Na jednym z takich wjazdów, policjant który zaświecił do środka naszej Łady kazał zjechać na pobocze. Musieliśmy wszyscy wysiąść z samochodu i dać mu dokumenty. Kierowcy kazał otworzyć bagażnik. Baliśmy się, że będziemy musieli wszystko wyciągnąć i pewnie później zapłacić łapówkę. Jednak Gdy policjant zobaczył, że mamy sprzęt alpinistyczny, oddał nam paszporty i pozwolił jechać dalej. Po 2,5 h dojechaliśmy do Wód Mineralnych. Tam chcieliśmy dostać bilety pociąg do Rostova nad Donem. Udało się, były wolne miejscówki. Dwie koło siebie i jedna w osobnym wagonie. Stamtąd mieliśmy nadzieję, że złapiemy pociąg do Kijowa bądź Lwowa. W pociągu znów była straszna temperatura. Już od samego siedzenia byłem mokry. 

 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd