..
AWF Elbrus Expedition 2012

 
2013-01-02
Odsłon: 518
 

Początek długiej drogi

 DZIEŃ 6 (03.08.2012)

AZAU – BECZKI (OBÓZ II)

 

Pogoda nienajlepsza. Inwentaryzacja bagaży, co niepotrzebne zostaje. Lżejszy plecak, lżej się idzie. Ostatni raz korzystamy z cywilizowanej ubikacji. Na miejsce II obozu ma nas dowieźć kolejka górska. Ani mi, ani Wojtkowi nie podoba się ten pomysł, chcieliśmy wejść o własnych siłach. Na dodatek zapomniałem zabrać dzienniczek wyprawowy- pech. Małe wagoniki wywiozły nas do stacji Krugozor (Stacja pośrednia). Tam postanowiliśmy, poczekać około godziny, aby nie wjeżdżać od razu bezpośrednio na górę. Miało nam to pomóc przyzwyczaić się choć odrobinę do wysokości. Na stacji spędziliśmy ponad godzinę. Przez ten czas przewinęło się tam sporo osób, a to niedzielni turyści a to całe agencje wyprawowe. Po godzinie spędzonej na 3000 m n.p.m. wsiedliśmy do kolejnego wagoniku i w ciągu paru minut znaleźliśmy się na stacji MIR na wysokości 3500 m n.p.m. Tam po raz kolejny zaplanowaliśmy sobie ponad godzinna przerwę. Pierwsze co rzucało się w oczy to niesamowity syf. Na ziemi leżało pełno śmieci, nikomu nie potrzebnych rzeczy. To różnego rodzaju pręty, to druty i urządzenia kolejki. Pod nogami walały się  zerwane druty linii wysokiego napięcia. Do tego wszystkiego można dodać dwumetrowy stos worków ze śmieciami oraz zniszczone i zdewastowane budynki niewiadomego przeznaczenia. Na małym wypłaszczeniu stał barak, który działał jako bar, a w około rozbrzmiewała głośna muzyka lecąca z megafonu. Z biegiem czasu postanowiliśmy, iż pomimo wykupionego biletu na ostatnią trasę kolejki, podejść ten kawałek o własnych siłach. Zrobiliśmy tak, aby organizm przyzwyczaił się do wysiłku już na większej wysokości. Podchodziło się dość ciężko, ale szliśmy dość dobrym tempem. Damian z Kajtkiem poruszali się znacznie szybciej niż ja i Wojtek. Z dala widać było już popularne beczki. Po dotarciu do charakterystycznego punktu przywitał nas odrażający zapach odchodów, śmieci oraz różnego rodzaju starych olejów. Tuż nad beczkami znajdował się „parking” dla ratraków, które wywoziły ludzi nawet do trawersu wschodniego wierzchołka. Jak co dzień w godzinach południowych zaczynają się zbierać chmury,  zaczyna grzmieć i padać deszcz. Postanowiliśmy schować się w jednym z opuszczonych i zniszczonych budynków. W środku było pełno śmieci, ludzkich odchodów a część dachu była zerwana. Po kilku minutach deszcz ustąpił. Damian wyruszył szukać miejsca gdzie moglibyśmy się rozbić. Ten ostatni kawałek do platformy podchodziło mi się fatalnie.  Po dotarciu na miejsce Wojtek zaczął gotować obiad, a ja zająłem się układaniem wiatrochronu dla naszego namiotu. Wieczorem obudziło mnie słońce, które dość mocno świeciło na nasz namiot. Złapałem za górny zamek namiotu, delikatnie go otworzyłem i widok, który zobaczyłem  był powalający. Pojedyncze chmurki rozświetlone przez światło zachodzącego słońca. Był to piękny spektakl barw. Doskonale widać było Ushbę, Cheget, Donguzorun i inne szczyty otaczające Elbrus. To właśnie wtedy po raz pierwszy mogliśmy ujrzeć białego giganta w całej okazałości, bo wyłonił się zza chmur. Gdy podziwialiśmy piękny widok, ku górze podchodziły 3 osoby. Gdy do nas zagadnęły okazało się, że są to nasi sąsiedzi zza południowej granicy – Czesi. Po krótkiej wymianie zdań zmorzył nas sen.

 

 

DZIEŃ 7 (04.08.2012)

OBÓZ II (BECZKI) – OBÓZ III (PRIUT 11)

 

Silne słońce uderzające w ściany naszego  żółtego namiotu sprawiło, że w środku zrobiło się bardzo gorąco. Nie mogąc dalej spać otworzyłem namiot i  zobaczyłem przepiękną panoramę bez żadnej chmurki na niebie. Obudziłem chłopaków aby mogli podziwiać ten niecodzienny widok. Zjadliwszy śniadanie rozpoczęliśmy dalszą wędrówkę. Na początku próbowaliśmy iść jak najdłużej się dało skałami, dopiero gdy się skończyły zeszliśmy na lodowiec. Szło się dość ciężko ponieważ od samego rana mocno operowało słońce, tak iż po lodowcu płynęły masy wody. Temperatura również była bardzo wysoka jak na taką wysokość, a my szliśmy w krótki rękawkach. Na ostatnie podejście przed Priutem 11 postanowiliśmy założyć raki, gdyż widzieliśmy jak ludzie co chwilę się przewracali w mokrym śniegu. Gdy bez problemu przeszliśmy ten odcinek Damian znów zaczął szukać platformy na namioty. Znajdowały się one jakieś 50 metrów wyżej. Do pokonania miałem zaledwie kilkumetrowe strome podejście, które z ciężkim plecakiem wydawało mi się nieskończenie długie. Co chwilę ktoś nas zaczepiał i pytał nas skąd jesteśmy. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że przy skałach też są rozbici Polacy. Po paru minutach ciężkiego podchodzenia znaleźliśmy się właśnie pod tymi skałami. Zrzuciłem plecak, usiadłem i odpoczywałem. Grupa Polaków składała się z grupy ok. 30 osób i mieli oni wyprawę organizowaną przez jedną z agencji. Wraz z Wojtkiem zastanawialiśmy się gdzie rozbić namiot. Postanowiliśmy najpierw rozłożyć namiot, a dopiero później go przenieść w dogodne miejsce. Cała grupa Polaków, była akurat w trakcie składania i pakowania swojego sprzętu. Kilka osób z tej grupy zapytało nas czy nie potrzebujemy gazu i żywności, ponieważ oni schodzili i ciążyłoby to w ich plecakach. Dla nas kartusze z gazem były jak zbawienie, przy problemach z nasza maszynką paliwową. Na całe szczęście w tej maszynce była nakrętka na kartusze. Dostaliśmy od nich również kilogram rosyjskiej szynki oraz chleb. Po przymocowaniu namiotu do skał, położyliśmy się spać aby troszkę odpocząć. W namiocie panowała bardzo wysoka temperatura, przez co bardzo ciężko przychodził sen. Ok. godziny 13 na lekko wyruszyliśmy w kierunku Skał Pastuchowa. Z racji dość mocno rozmrożonego śniegu na lodowcu podchodziło się bardzo ciężko. Co chwile musiałem się zatrzymywać się i łapać oddech. Damian z Kajtkiem byli bardzo silni i szybko podchodzili, przez co musieli co pewien czas zatrzymywać się i czekać na mnie, abym do nich doszedł. Po drodze spotkaliśmy 3 Polaków. Po rozmowie dowiedzieliśmy się, że tej nocy chcą spróbować wyjść na szczyt. Umawiamy się z nimi, że jak zejdziemy to podejdziemy do nich na piwo, ponieważ bazę mieli naprzeciwko poczty w Terskolu. Pogoda od samego rana była piękna, jednak po południu zaczęły pojawiać się pojedyncze chmurki. Gdy świeciło słońce było bardzo gorąco o można było iść w koszulce z krótkim rękawem, a gdy chowało się za chmurami robiło się znowu bardzo zimno. Trasa podejścia biegnie najpierw wzdłuż dwu rzędu skał i jest równomierna. Następnie trasa ma lekkie wypłaszczenie i trochę bardziej strome podejść wzdłuż dolnych skał. Jednak ostatnie metry były dla mnie niemal mordercze. Zostało mi 20 metrów stromego podejścia. Robię 5 kroków i muszę odpocząć. Kolejne 5 kroków i znów odpoczynek. Zostało ostatnie dwa metry – jedynie dwa metry , niecałe 5 kroków a nie potrafię tego przejść na jeden raz. Te kilka metrów wyssało ze mnie wszystkie siły. Siadam na kamieniu i odpoczywam. Damian z Kajtkiem chwilę już byli na górnych Skałach Pastuchowa więc trochę zmarzli. Żeby trochę się rozruszać, postanowili, że podejdą jeszcze wyżej. Gdy tak siedziałem, a chłopaki powoli ginęli we mgle, rozmawiałem z mamą która dostarczyła nam aktualnej prognozy pogody. Tej nocy miało spaść ok. 1 cm śniegu, wiatr w granicach 30 km/h. Nad ranem prognoza przewidywała rozjaśnienie. Gdy po dłuższej chwili chłopaki ciągle podchodzili, zacząłem się denerwować bo było mi coraz zimniej. Pierwszy zaczął schodzić Kajetan lecz Damian ciągle podchodził. Podjęliśmy decyzję, że dzisiejszej nocy będziemy atakować, ponieważ później pogoda miała ulec załamaniu. Gdy było mi już naprawdę zimno zacząłem powoli schodzić w dół. Schodziło się znacznie przyjemniej gdyż śnieg świetnie amortyzował kroki. Po dojściu do namiotu, od razu położyłem się do śpiwora. Tego wieczora  nie czułem się najlepiej.  Na twarzy byłem bardzo rozpalony i najprawdopodobniej miałem gorączkę od ciągłej zmiany temperatur. Do tego strasznie bolała mnie głowa, więc wziąłem tabletki licząc, że postawią mnie na nogi. Przez cały wieczór leżałem i nie mogłem się ruszyć. Wojtek w tym czasie gotował wodę i przygotował wszystko do ataku szczytowego. Po jakimś czasie przyszedł Kajtek zapytać jak się czuje. On sam z Damianem także nie czuli się najlepiej. Gdy termosy były pełne, Wojtek również się położył. Przez cały wieczór miałem obawy co do ataku szczytowego. Bałem się, że nie jesteśmy dostatecznie zaaklimatyzowani i że może złapać nas choroba wysokościowa. 

 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd