..
AWF Elbrus Expedition 2012

 
2013-01-05
Odsłon: 678
 

Podróż - kolejna przygoda

 DZIEŃ 11

WODY MINERALNE - DNIETROPIETROWSK

 

W Rostovie nad Donem chcieliśmy złapać pociąg do Kijowa lub Lwowa. Jednak takowych nie było. Przeszliśmy na dworzec autobusowy. Z racji tego, że Rostov leży już niedaleko Ukrainy, chcieliśmy się dostać do Doniecka. Po odczekaniu dłuższej chwili w kolejce pani w okienku powiedziała że dzisiaj już nie dojedziemy do Doniecka bo nie ma już biletów. Otworzyliśmy mapę w celu odszukania większej miejscowości już na Ukrainie. Najbliżej był Mariupol. I był do niego autobus. Zadziwiło nas jednak to, że autobus który miał do przejechania 180 km, jechał ponad 6 h. Autobus nie był za duży, ale za to klimatyzowany. Niestety w środku od słońca i tak ledwo dało się wysiedzieć. Najgorzej z nas wszystkich miał Damian. Z racji swojego wzrostu nogi miał podkurczone i musiał je trzymać niemal przy swojej brodzie. Jechaliśmy wzdłuż brzegu morza Azowskiego. W krajobrazie można było zauważyć ciągnące się po horyzont pola pełne żółtych słoneczników. Gdy dojechaliśmy do granicy Rosyjsko-Ukraińskiej musieliśmy wysiąść z bagażem z autobusu. Gdy weszliśmy do budynku straży granicznej ustawiliśmy się w kolejce do odprawy. Oficer spytał tylko co mamy w plecakach i jak odpowiedzieliśmy, że sprzęt alpinistyczny, odszedł od nas. Problemy zaczęły się dopiero gdy Damian przechodził odprawę. Pani kontrolerka chciała od nas rejestrację. Mieliśmy nasz druk z poczty, jednak nie mieliśmy karteczki migracyjnej, która jest wymagana. Niestety tą karteczkę powinniśmy dostać na granicy kiedy wjeżdżaliśmy do Rosji. Nasz OVIR był wydrukowany, a nie na oryginalnej karteczce. Po krótkiej rozmowie miła pani w okienku puściła nas dalej. Ukraińscy celnicy wzięli od nas tylko paszporty i przybili pieczątkę. Ruszyliśmy dalej w podróż. Gdy dojechaliśmy ok. 12.30 do Mariupola słońce grzało niesamowicie. Było ponad 35oC. Chcieliśmy dostać się na dworzec kolejowy. Ludzie powiedzieli nam, że dojedziemy tam dwoma nr marszrutek. Przyjeżdżały wszystkie nr oprócz naszych, nawet podwójnie a naszych jak nie było tak nie było  nie było. Postanowiliśmy iść na nogach w kierunku dworca. Doszliśmy do głównej ulicy miasta i tam pytaliśmy się jak dalej iść. Ludzie znów powiedzieli, żebyśmy poczekali na marszrutę. I znów sytuacja się powtórzyła, przyjeżdżały wszystkie nr oprócz naszych. Po pół godzinie czekania znów stwierdziliśmy, ze pójdziemy na nogach. Gdy po pół godzinie zapytaliśmy o drogę młody człowiek powiedział, że obok jest przystanek i tam musimy pojechać marszrutą nr 23. Na całe szczęście akurat jak podchodziliśmy, busik podjechał. Damian z Wojtkiem zapakowali się z tyłu, a ja nie miałem szansy wejść bo tyle osób było. W końcu wepchnąłem się z plecakiem z przodu podając go do prawie do kierowcy. Jechaliśmy dość długo, więc całe szczęście że podjechaliśmy ten kawałek. NA dworcu kupiliśmy bilety. Najpier wagonem „Kupiejnym” gdzie w zamykanym przedziale są 4 łóżka do Dnietropietrowska. Stamtąd mieliśmy bilety na plackarty do Lwowa. W Mariupolu zakupiliśmy wodę oraz jedzenie na podróż. Sama jazda pociągiem przebiegła całkiem sprawnie i przyjemnie. O 23.30 byliśmy w Dnietropietrowsku. Tam musieliśmy poczekać na pociąg do Lwowa, który mieliśmy o 5.30.  Weszliśmy do jednej poczekalni ale tam odrzucił nas odór ludzi bezdomnych. Kręciło się tam wielu podejrzanych osób. Poszliśmy do drugiej poczekalni. Była ona płatna, ale nie były to duże pieniądze. Za to skutecznie powstrzymywała najbiedniejszych mieszkańców Ukrainy. Co godzinę zmienialiśmy się, aby cały czas choć jeden z nas nie spał i doglądał naszych rzeczy. Noc była naprawdę ciężka.

 

DZIEŃ 12

DNIETROPIETROWSK – MEDYKA

 

O godzinie 5.20 podjeżdża nasz pociąg. Wysiadają z niego sami opaleni ludzi. Pociąg ten jechał akurat z Krymu. Szybko wrzuciliśmy plecaki na siatki i położyliśmy się spać. Obudziliśmy się dopiero ok. 11 gdy w pociągu znowu robiło się ciepło. Przez pociąg znów przeszedł cały bazarek. Skusiliśmy się na lody, ponieważ mogliśmy pani zapłacić w rublach które nam jeszcze zostały. W pociągu chciałem dokończyć relację, jednak ta trzęsło że nie dało się pisać. Po za tym,  wszystkie 3 moje długopisy się wypisały. Bez problemów dojechaliśmy do Lwowa o godzinie 00.30. Damian zaczął szukać marszrutek do medyki bądź tez autobusu. Gdy jednak nic takiego nie było. Zapytaliśmy taksówkarza ile by wziął za kurs do Medyki. Za 300 kopiejek zdecydowaliśmy się na tę podróż. Lwowa mimo że nie widzieliśmy za dużo zrobił na nas spore wrażenie. Taksówkarz opowiadał nam co zrobiono przed Euro2012. Jedna z prac było wykonanie nowej drogi z Medyki do Lwowa. Dlatego tez jechało się bardzo przyjemnie ku Polskiej granicy. Po niewiele ponad godzinę czasu byliśmy już pod granicą z Polską. Na granicy była duża kolejka. O 2 w nocy myśleliśmy że będą pustki na przejściu. Jednak mały ruch graniczy w nocy kwitnie w najlepsze. Ukraińcy przechodzą granicę po polskie produkty. Byliśmy także tym zdziwieni, że to nie oni przywiozą do naszego kraju taniej wódki i papierosów tylko sami przechodzą głównie po polskie mięso oraz sprzęt RTV i AGD. Strażnicy z Polski przepuścili nas obok tej kolejki i mogliśmy iść na odprawę. Chwilę później stanęliśmy stopą w naszym kraju. Gdy przeszliśmy kawałek od budynku służby granicznej przeżyliśmy szok. Do przekroczenia granicy w drugą stronę stało ok. 2000 osób, które pełne jakiś pakunków czekały na przejście. My czekaliśmy chwilę na mojego tatę, który nas odebrał z przejścia w Medyce.  Damiana i Wojtka odwieźliśmy na dworzec w Przemyślu. Tam się pożegnaliśmy i tak skończyła się ta niezapomniana przygoda. Pozostały wspomnienia, zdjęcia i miłość… Miłość do gór. Miłość, która nie skończy się nigdy.

 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd